viral – złoto dla zuchwałych
Krótko o ziszczonym śnie marketingowca: viral. Robisz fajne video, na początek „podsypujesz” trochę promocji i cichego PR-u, a potem już chyba samo leci, no nie? Tysiące klientów rozsyłają, dyskutują, angażują się. Czad po prostu
Ale żeby to na pozór łatwe danie się udało, musisz zapewnić dwa bardzo dobrej jakości składniki:
- Dobre przyprawy. Ja ostatnio dałem się złapać na virale duńskiej turystyki (dziewczyna szukająca turysty, który jest ojcem jej dziecka) i klasyczny „will it blend”Co je łączy? Oba pokazują coś czego wcześniej nie oglądaliśmy, a wielu zobaczyć by chciało. Oba są „też social media friendly”. Prowokują do dyskusji, przeróbek i podróbek. Na koniec dnia bawimy się bardziej tym jak reagują inni ludzie, niż samym video.
- Właściwe proporcje. Rozrywka rozrywką, ale klient musi zapamiętać o jaki „produkt” i w jakiej kategorii chodzi (chili budujemy świadomość marki). Idealnym przykładem jest tu właśnie seria „will it blend”, w której produkt (mixer, po prostu zwyczajny mixer) jest głównym bohaterem całego, nomen omen, zamieszania. Dalej liczymy na to, że dobra zabawa, którą daliśmy klientom przełoży się jakoś na nasz wizerunek. Moim zdaniem zwykle na wizerunek się raczej nie przełoży, ale może pomóc zbudować coś często jeszcze ważniejszego – relację z naszą marką. Co do wpływu virali na sprzedaż, to moim zdaniem jest podobny jak innych działań wizerunkowych – nie szkodzą, ale w większości przypadków same nie wystarczą


