Pizza a’la apple? Ja raz poproszę ;-)

innowacje, model biznesowyCzasami mniej znaczy lepiej. Czasami innowacja wynika z raczej z wykorzystania “-” zamiast nachalnego i oczywistego “+”.

Przykład? The Cheese Board Collective Pizza w Berkley, USA.

Nie mają menu, ponieważ serwują tylko jeden rodzaj pizzy, za to codziennie inny. Cena też jest stała i to dość wysoka (20$). Za to składniki są super jakości (100% organiczne), a pizza podobno przepyszna (będzie nagroda dla tego kto pojedzie i pierwszy sprawdzi ;-) ). Grają jazz na żywo, przed lokalem długa kolejka, ludzie nie mieszczą się w środku, więc przed knajpą trwa piknik & kolacja na trawie.

Wnioski dla biznesu?

Biznes model oparty o ekstremalnie “uproszczony” produkt = niskie koszty (w przypadku pizzy mniejsze straty składników i wyższa efektywność pracy) + łatwość planowania i zarządzania biznesem + wyróżnik od konkurencji i efektywniejszy marketing (co w tym przypadku chyba najważniejsze). Ludzie mają o czym gadać, a pomysł jest tak prosty do opisania, że wieści rozchodzą się w try_mi_ga.

Wracając do tytułowego Apple i ich biznes modelu, to również oni mają wielokrotnie mniejsze portfolio od konkurencji, wyróżniki produktów oczywiste dla każdego konsumenta, no i “last but not least” bardzo wyrazisty i atrakcyjny dla klientów pomysł na siebie (=kulturę organizacji).

Jakie z tygo wynikaja wnioski dla naszej międzynarodowej marki / rodzinnej firmy księgowej / “wpisz czym się zajmujesz”? Może zamiast dodawać nowe funkcję, smaki, usługi dodane, bonusy i inne gratisy, skupmy się na tym co w naszej kategorii najbardziej popularne i róbmy tylko to, lub stwórzmy w tym celu taką nową markę. Bardzo prosto, bez dodatków, wariantów, ale za to super, super dobrze. Moim zdaniem nasi biedni, przytłoczeni klienci to pokochają. Co myślicie?

    • Adrian M.
    • 22 listopada 2009

    Lukasz, podpisuje sie “rekami i nogami” pod wpisem. jesli chodzi o przyklady, to moze nie trzeba szukac za oceanem… pamietasz lunche “u kucharzy”? do wyboru jest jeden zestaw i juz.. a takich tlumow nie ma w porze lunchu w zadnej innej knajpie (ktore w ofercie maja przynajmniej 3 zestawy lunchowe dziennie). bo wystarczy zrobic jedna rzecz dobrze.

    na szybko przychodzi mi do glowy jeszcze marka innocent drinks z UK (btw, jeden z trojki wspolzalozycieli to Polak) – ktora wyciska soki z owocow i ot cala historia. cala firma, produkcja, marketing .. – wszystko kreci sie wokol owocow (centrala tez miesci sie we “Fruit Towers”). nie ma sciemy czy rozdrabniania sie na inne tematy.

    przyznam jednak, ze ostatnio dostrzegam pewne “ale” w calej strategii spod znaku “simplicity”. mianowicie, zaczynam sie przekonywac, iz w praktyce ma ona zastosowanie tylko w firmach o (stosunkowo) nieduzej wielkosci. bo gdyby sie przyjrzec wielkim swiatowym markom, to wiekszosc z nich takze wyrosla na bazie bardzo ograniczonego, prostego portfolio ale z czasem obrastaja w mase (bez)uzytecznych dodatkow. Coca-Cola byla i jest kluczowym produktem CC, ale w miedzyczasie w firmowych lodowkach 3/4 miejsca zajmuje szereg roznokolorowych napojow. Google wciaz pozostaje najpopularniejsza wyszukiwarka, ale w ramach koncernu znalazly sie juz YouTube, przegladarka Chrome, soft fotograficzny Picasa, e-mail “Gmail” za chwile pewnie system operacyjny i telefony komorkowe…
    oczywiscie mozna powiedziec, ze to wciaz produkty z podobnych kategorii, odpowiadajace na podobne potrzeby, ze to naturalne rozszerzenie core biznesu. pewnie ze mozna… tylko, ze wtedy firma traci fokus ze swojego glownego produktu/uslugi czyniac z niego “slabe ogniwo” narazone na atak konkurencji.
    Bedac poczatkujacym brand managerem, sam bylem przekonany, ze wprowadzanie na rynek kolejnych wariacji smakowych mojego jogurtu to idealny sposob na rozwoj marki… cale szczescie, ze udalo mi sie szybko pojsc po rozum do glowy. ale dzis ze zrozumieniem obserwuje dzialania roznych firm, launchujacych kolejne produkty, marki, kategorie… zatracajacych sie w tych dzialaniach, bo rozumiem jak kuszace sa te dzialania – w krotkim okresie przynosza namacalne przychody, zyski – a szefowie, inwestorzy przeciez czekaja na wyniki. w dlugim okresie ich wplyw na biznes pozostaje jednak pod duzym znakiem zapytania

  1. Super wpis, jest też kilka biznesów opartej na tej zasadzie w Polsce. Np. Na goldenline ktoś podał przykład pewnej lodziarmi. W Bydgoszczy znajdzie się np. Książki na zamówienie (codziennie płaci się za 10stron) klientów sporo, ludzi tłum a pisarze to amatorzy fakt że za 10 stron liczą sobie 100zł chyba nikogo nie zdziwi, co ciekawe ponoszą tylko koszty prądu za komputer i inne wymagane przez prawo więc zarobek lepszy.

  2. Rewelacyjny wpis! Właśnie szukałem jakiegoś case’a do poparcia moich wywodów na swoim blogu… Dzięki!!! :)

    Pozdrawiam,
    Wojciech

    • lukasz
    • 6 października 2009

    Thx.
    A może jakieś pomysły na inne biznesy zbudowane na podobnej zasadzie?

    • Lena
    • 3 października 2009

    super wpis :)

    • Joanna
    • 29 września 2009

    Część pokocha, część nie…. zależy na której części chcesz robić pieniądze :)
    Pomysł fajny, świeży (aż szkoda że nikt u nas na to nie wpadł….). Szanse powodzenia duże (super snobizm, taki odwrócony na lewą stronę).
    A swoją drogą, to naprawdę ciekawy znak czasów – klienci oddają władzę nad menu, swoje prawo do grymaszenia i decydowania o wszystkim…i to w imię czego? uproszczenia życia?

  1. Na razie brak trackbacków