Start’up, czyli maxi strategia dla mini firmy

Biorę właśnie udział w bardzo fajnym projekcie, w którym pomagamy kilkunastu przedsiębiorcom przygotowującym swoje start’upy do wejścia na rynek. Jako człowiek ambitny, w pracy nad strategią i innowacjami postanowiłem wykorzystać topowe narzędzia i metodologię, dokładnie te same, na których opierają swoje sukcesy znane ze swojej innowacyjności firmy. Muszę się szczerze przyznać, że miałem początkowo obawy czy nie przesadziłem i czy powinno się tworzyć strategie portfela produktów dla firmy która musi jeszcze zdobyć swojego pierwszego klienta. Okazuje się że ma to sens i to czasem większy niż w przypadku dużych firm. Dlaczego? Kiedy wchodzimy na rynek wszystkie innowacje i strategie są możliwe. Nie ograniczają nas oczekiwania naszych klientów czy zrealizowane już inwestycje. Możemy zrobić wszystko. Możemy zrobić to co najlepsze. Wniosek? Logika budowania strategii biznesowej czy tworzenia innowacji dla jednoosobowej firmy i koncernu jest dokładnie taka sama. Za jakiś czas przygotujemy opracowanie pokazujące jak zrobić w pełni profesjonalną strategię w małej firmie lub startu’up-ie, ale na dobry początek przygotowałem kilka kluczowych tematów i pytań, nad którymi każdy start’upowiec powinien się pochylić:

- benefit, benefit, benefit, benefit… po co tak na prawdę istniejemy na rynku? Jaki problem chcemy rozwiązać? Czy jest on powszechny? Jak bardzo jest on ważny? Czy nasi potencjalni klienci budzą się i zasypiają myśląc o tym problemie (oczywiście dla nas to bardzo dobrze), czy musimy ich przekonać do tego, że ten problem istnieje (jest to możliwe, ale baaaardzo trudne z punktu widzenia małej, niemającej wielkich zasobów firmy)

- w jaki sposób wyznaczamy cenę? Opieramy się na cenach konkurencji, czy wychodzimy od naszych kosztów? A może stosujemy oba podejścia równocześnie? Z czego wynika nasz zysk: z zakładanej przewagi kosztowej nad konkurencją, czy z unikalnej wartości, którą oferujemy naszym klientom?

-  czy coś dzieli naszych klientów? Może ich potrzeby w istotny sposób się różnią (każda grupa oczekuje od nas rozwiązania innego problemu)? A może w różny sposób będą korzystać z naszego produktu (czas, częstość, intensywność)? Możliwych podejść do segmentacji są setki, a każda z zaobserwowanych różnic będzie wpływać na atrakcyjność tej grupy dla nas, benefity, które powinien oferować nasz produkt czy naszą strategie marketingową czy sprzedażową.

Ufff…  Skomplikowane? Moim zadaniem zdrowy rozsądek i wiedza o tym jakie pytania powinniśmy zadać (patrz wyżej) wystarczą.  Powodzenia :)

Innowacja tygodnia: Piwo Łomża Niepasteryzowane

Mała, zgrabna, dla wielu pewnie „kultowa” brązowa buteleczka… Prosta, naturalna etykietka… Tradycyjna, niepasteryzowana technologia… Ja kupiłem i wypiłem :) Smakuje całkiem fajnie, ale kogo obchodzą moje gusta w temacie piwa? Wracajmy więc lepiej do tematu i zastanówmy się dlaczego ta innowacja udać się może…

Po pierwsze, opiera się ona na dwóch silnych trendach. Na poziomie emocjonalnym część polaków tęskni za produktami sprzed ery masowej konsumpcji (czyli wykorzystano tu trend „nostalgia„). Dodatkowo piwo robi lokalny browar ze wschodniej Polski (czyli trend „lokalność”), który chyba zaczyna w końcu odnajdywać swoje miejsce na rynku. Jeżeli idzie o sam produkt, to choć nie widać w Polsce takiego jak na zachodzie boomu na żywność tradycyjną czy organiczną, to jednak najbardziej wymagający klienci również u nas chętniej sięgają po produkty tego typu. Sukcesy Krakowskiego Kredensu czy produktów Benedyktyńskich są tego najbardziej widocznym przykładem.

Wnioski? Czasami szukając pomysłów na przyszłość najlepiej jest poszperać w zakurzonej teczce ze wspomnieniami. Rynku masowego pewnie na razie w Polsce nie zawojujemy, ale jeśli do tradycji dołożymy szczyptę nowoczesnej stylistyki i wysoką jakość samego produktu, to widoki na wysokie marże i lojalnych klientów mamy całkiem, całkiem apetyczne ;)

Najbezpieczniejsza innowacja, czyli „Zapakuj to jeszcze raz Sam…”

Wiedzą to ludzie od słodyczy, wiedzą ludzie od kosmetyków. Nie ma chyba bezpieczniejszego pomysłu niż sprawdzony produkt, zapakowany w „zaktualizowane” opakowanie.

Przykłady? Proszę bardzo! Najpierw atakujemy wszelkiego rodzaju święta. Standardowa bombonierka na Boże Narodzenie / Wielkanoc/ walentynki (niepotrzebne proszę skreślić) dostaje śliczną, wsuwaną, kartonową obwolutkę… Voila! Zadowolony klient już trzyma w ręku prosty i bezpieczny prezent.

Trendy w modzie i designie? Nie ma problemu! Tak ze dwa sezony temu modne panie nosiły wszystko w tygrysie pasy i lamparcie cętki. Czemu by podobnego wzoru nie umieścić na opakowaniu dobrej sprawdzonej, choć już trochę opatrzonej, szminki lub maskary? Spróbujmy. Ta sama cena, ten sam budżet marketingowy, konkurencja raczej w dzisiejszych czasach już nie słabnie… Sprzedaż? 300% w górę!

Trendy demograficzne? Jeśli ktoś kto zajmuje się biznesem (w dowolnej branży), nie wie jeszcze że mamy największy od kilkudziesięciu lat babyboom, to naprawdę jest sobie sam winien. Zauważyli to już jakiś czas temu ludzie od chusteczek higienicznych i na półkach w markecie mamy cały wysyp takich zwykłych w treści (chusteczka to chusteczka ;) ), ale bardzo „dzieciowych” w wykonaniu pudełeczek… Nad jakości artystyczną grafiki spuśćmy litościwie zasłonę milczenia, ale moja córka zawsze znajdzie sposób żeby uzasadnić zakup pudełka z księżniczkami Disney’a. Myślicie, że płacąc o kilkanaście procent więcej za ten sam produkt próbuję dyskutować z przeziębionym czterolatkiem? Jeszcze mi życie miłe ;)

Podsumowując. Jeśli nie mamy budżetu / technologii / pomysłu aby wymyślać nasz produkt na nowo, to zawsze pozostaje nam kalendarz, wiedza o trendach i zabawa z samym opakowaniem, lub choć z najprostszym jego elementem, czyli zadrukiem. Trudno mi wyobrazić sobie jakiś produkt konsumencki, dla którego na polskim rynku tego typu „opakowaniowe” innowacje nie byłyby szansą na zdobycie jeszcze kawałka rynku. Ryzyko praktycznie żadne, zostaje tylko spróbować…